Szybko, wyrzućcie ich zanim przegramy z San Marino, czyli komentarz odnośnie meczu San Marino – Polska

Polacy z San Marino pograli, pobiegali, postrzelali i ogólnie ogromnego wstydu nie przynieśli. Raczej taki pół-wstyd z powodu straty bramki. Ale jeśli trafienie gospodarzy Cię zaskoczyło, Drogi Czytelniku, to znaczy że jeszcze wierzysz w awans naszych do mistrzostw świata w Brazylii. No ale w końcu musimy tylko wygrać z Anglią i Ukrainą na ich terytorium i baraże już mamy. Kropki, dużo kropek wraz z zasłoną milczenia…

Tak padła bramka. Mniej więcej.

Tak padła bramka. Mniej więcej.

Nie będziemy jednak pisać o meczu. O tym, że nasi zagrali bez stylu, że straciliśmy pierwszą, historyczną bramkę z San Marino. Nie wspomnimy nawet o tym, że szkoda nam Artura Boruca, że to akurat on stał w bramce. Nie dodamy, że Della Valle (tak, to on nam strzelił tego gola) pomógł obecnej kadrze dwukrotnie – raz, zapisując ją na kartach historii, jako tę, która pierwsza dała Sanmaryńczykom strzelić gola; oraz dwa, odblokowując naszego Jedynego-Prawdziwego-Snajpera – to właśnie po rękach Della Valle dostawaliśmy rzuty karne na Stadionie Narodowym. Nic, więc nie powiemy!

Za to poznęcamy się nad dwoma najsłabszymi ogniwami całej tej eskadry. Nie musicie zgadywać o kogo chodzi. Wszyscy wiemy że o Fornalika Boenischa i Brożka.

fot. sport.fakt.pl

fot. sport.fakt.pl

Może najpierw niech to będzie nasz napastnik. Nie zawinił przy stracie gola. W końcu jest napastnikiem. Ciężko więc go obarczać winą za to, że ktoś pokonał naszego bramkarza, nie? Ale wystarczy spojrzeć na to ile razy mógł i powinien pokonać Simonciniego. Ktoś mógłby to wszystko policzyć i wyszła by mu liczba pięć czy sześć. Ale nie to jest istotne. Istotne może wydawać się to, że po żadnej z tych zmarnowanych sytuacji na twarzy Brożka nie widzieliśmy sportowej złości, zaciętości i chęci poprawienia się przy kolejnej okazji. Uśmiechu też nie było, co Bogu dzięki, nie doprowadziło nas do szewskiej pasji. Oczywiście taki uśmieszek wybaczyliśmy Kubie Błaszczykowskiemu, któremu znowu chciało się grać i zapieprzać, ale Brożkowi byśmy nie zapomnieli. Tyle sytuacji, zero bramek. Miał się odblokować, a chyba całkiem zablokował. Czy to pożegnanie z kadrą? Nie mamy nic do Pana Pawła, ale chyba najwyższa pora powoływać napastników, którzy do bramki rywali trafiają.

Moglibyśmy też przyczepić się tu do Marcina Robaka, który w miejsce napastnika Wisły Kraków pojawił się na placu gry. Wtedy powiedzielibyśmy, że to śmieszne, że przez cały swój występ unikał obiektywów fotoreporterów, że nie chciał przeszkadzać kolegom w grze, że ogólnie postanowił jakoś specjalnie nie zwracać na siebie uwagi. Tak bardzo polubił Pogoń, że nie chciałby się stamtąd wytransferować. W końcu Szczecin to takie ładne miasto. Ale w końcu nie wytrzymał i na jedną fotkę się zgodził. Kopiąc obrońcę San Marino po nogach, chociaż piłka była już daleko za linią horyzontu – jeśli spojrzymy na to z perspektywy pewnej kreskówki…

Horyzont, a za nim bramka i boisko. Życie. Alegoria.

Horyzont, a za nim bramka i boisko. Życie. Alegoria.

Ale to nie wszystko, bo jak łatwo się domyślić, jeden piłkarz został dopiero skrytykowany.

– A Robak?

– Oh, come on! To było tylko stwierdzenie faktów, tak? Jeszcze nie zaczęliśmy się czepiać!

– Taaa…

Został nam w każdym razie nasz faworyt, który w ramach solidarności z Obraniakiem powinien pójść w jego ślady.

fot. Eurosport

fot. Eurosport

Sebastian Boenisch. Boenisch. Della Villa. Boenisch i Della Villa. Ten właśnie duet doprowadził reprezentację polski do utraty bramki. Bo gdy Villa strzelał z głowy, Sebastian Boenisch grzecznie spacerował po murawie i sprawdzał, czy jak będzie stał w miejscu to krople deszczu ominą go same. Nie ominęły. Ani krople, ani ogromna krytyka od wszystkich, którzy oglądali ten mecz. Nawet od Kobiety. Tej Kobiety. I tego Hejtera. Chyba.

Jeśli jednak myśleliście że Sebastian Boenisch zagrał tragicznie w meczu z Czarnogórą to nie wiemy jaką laurkę wystawiliście mu wczorajszym starciu. No proszę, no! Temu gościowi nie chciało się grać w piłkę!

Ktoś może nam zarzucić, że narzekamy, ale nie mamy alternatywy. A więc mamy. I daleko nie trzeba szukać – na lewej stronie zagrał przecież nie tak dawno w reprezentacji złożonej z ligowców Jakub Rzeźniczak. A jak dobrze wszyscy wiemy (my wiemy, Wy nie musieliście, bo przecież Was poinformujemy), „Rzeźnik” ostatnio jest w takim gazie, że klękajcie narody, a już na pewno San Marino. I tak – wierzymy, że upilnowałby Della Villę i bramki by nie było. Bo jemu naprawdę chce się grać w piłkę! Jemu się chce! Więc Panie Fornalik, Pan pomyśli przed następnym meczem o takim rozwiązaniu, co?

A w razie desperacji, może chociaż Kamiński? Albo Pan Zdzichu z Kabat? Na orliku ostatnio zasuwał jak opętany przez szatana Usaina Bolta.

Oni wszyscy zagrają lepiej niż Boenisch. Gwarantujemy.

Reklamy
Opublikowano Podsumowanie kolejki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Damsko-męski hejting, czyli inna zapowiedź meczu Polska – San Marino

Mecz pomiędzy Polską i San Marino będzie zupełnie wyjątkowy. Każdy normalny fan piłki nożnej zapyta – dlaczego? Odpowiedź leży tak blisko nas, ale nie wszyscy ją dostrzegamy. Więc odpowiadamy. Polska jeszcze nigdy nie grała meczu o honor z tak słabym przeciwnikiem. Teoretycznie, bo jak się cieśla wkurzy… to rzeklibyśmy, że polecą wióry, ale to taki suchar, a napoje gazowane aż dwa piętra niżej…

fot. Eurosport

fot. Eurosport

Oczywiście dla naszych wiernych fanów przygotowaliśmy specjalne wydarzenie z tej okazji. W końcu wyjątkowy mecz to wyjątkowa zapowiedź, co nie? A jak. Więc spojrzymy na to wszystko oczami ekspertów. To znaczy trochę innych ekspertów, nieco z innego świata, ale wciąż wiedzą niewiele odbiegających od tych z Przeglądu Sportowego. Dziś zapytaliśmy dwie nieco dziwne osoby o ich opinię na temat meczu. Oto rozmowa z lokalnym Hejterem (na pewno znacie jakiegoś w okolicy – oto jego uosobienie) i Kobietą. Tak. Kobietą. Nieeee no, zna się trochę. No zna się, nooo! Wie, który to Lewandowski, a który Piszczek. Widziała spalonego w meczu z Czarnogórą. Starczy dowodów? Ostrzegamy tylko, ma duszę artysty i jest wygadana…

PoniedziałkowaMusztra.pl: Tu nie będzie tendencyjnych pytań. Więc zacznijmy od jakiegoś oryginalnego – dlaczego polska kadra będzie się dziś męczyć z San Marino?

Hejter: Nie oszukujmy się, to jedyny zespół z którym jesteśmy w stanie wygrać.

Kobieta: To nie polska kadra będzie męczyć się z San Marino a kibice będą męczyć się z polska kadrą. Spodziewamy się wielu emocji ale jak zwykle tych frapujących, tendencyjnych, nie porywających do wspierania naszych. Jeśli grając u siebie Polacy nie potrafili długo strzelić gola drużynie kelnerów, urzędników (w każdym razie nie zawodowych piłkarzy), to trudno marzyć o świetnym wyniku na boisku rywala. Będą gole – ale wymuszone  (jak karny Lewandowskiego), w kiepskim stylu, ocierające się o przypadek niż dobry futbol.

PM: Czyli – „dziś już nie ma słabych zespołów”?

H: Jak to nie ma? Wyraźnie zostało już napisane, że Polska drużyna jest słaba, znalazłoby się kilka innych. Nie stać nas nawet na to, żeby zabawić publiczność.

K: Nie ma pewniaka, którego na 100% mogłaby ograć nasza kadra.

PM: Czy Polacy strzelą coś, bez Egzekutora-Karnych-I-Pogromcy-San-Marino?

H: Myślę, że mogą spróbować strzelić sobie samobója. Czy Robert znowu jest w podróży poślubnej?

K: Myślę, że w tym meczu wreszcie do bramki strzeli Zieliński, Sobota, być może jakiś zawodnik Legii Warszawa. To spotkanie zostanie potraktowane bardziej jak „sparing”, a selekcjoner Fornalik da się wykazać innym „gwiazdom” naszej reprezentacji.

PM: To właśnie pytanie do Was, jak myślicie, dlaczego Waldemar Fornalik dał odpocząć „Lewemu”? Presja? Chęć strzelenia czegoś?

H: A skąd mam wiedzieć? Czy wyglądam na Waldemara Fornalika? Chyba jednak nie, więc pytanie skieruj do niego!

K: Powtórzę się: na sparingu nie gra się najlepszymi zawodnikami. Po co frasować napastnika Borussii, kiedy rywal nie będzie wymagał od naszych większego talentu do piłki? Piłkarze na co dzień grający w Ekstraklasie udźwigną poziom tego meczu (mam nadzieję). Lewy wreszcie odpocznie. Ciekawe czy dalej będzie krytykował grę w obronie, a może odważy się wyrazić niezadowolenia z ataku reprezentacji?

PM: Menadżer San Marino odgraża się, że jego reprezentacja chce dzisiaj coś strzelić. Uda im się?

H: Oczywiście, że nie. To jasne, że Polska gra beznadziejnie ale są gorsi od nich (o dziwo!) i taką właśnie drużyną jest San Marino. To nierealne, żeby tacy amatorzy strzelali gole!

K: To nie jest tak, że my nie wierzymy w naszych. Wierzymy i jesteśmy pewni, że dziś będą gole. Wiemy też dobrze, że piłkarze będą chcieli połechtać nasze narodowe ego, tak zawiedzione po meczu z Czarnogórą w Warszawie. Ale jak się wspina na wyżyny swoich piłkarskich możliwości, gra świetnie atakiem a zaniedbuje obronę, to owszem – możemy spodziewać się pięknego gola po czytelnym błędzie polskich obrońców.

PM: Czyli pewne zwycięstwo?

H: Myślę, że tak ale nie mam zamiaru oglądać tej farsy!

K: Całym sercem wierzymy, że tak.

Wiemy, że już tego motywu korzystaliśmy. Ale zgodność naszych ekspertów wywołuje w nas takie oto uczucia

Wiemy, że już z tego motywu korzystaliśmy. Ale zgodność naszych ekspertów wywołuje w nas takie oto uczucia

PM: Czy nie uważacie, że Waldemar Fornalik ulega presji dziennikarzy? Wciskali mu Robaka, więc go wziął. Niedługo wcisną mu Kalisza i co? Będziemy bronić bramki murem, i to dosłownie?

H: Nawet nie wiem jak wygląda Fornalik a Pan zadaje takie trudne pytania. Myślę, że Kalisz sprawdziłby się zarówno na bramce jak i w obronie. Może warto by było wypróbować skoro i tak Polska kadra gra jak nieudacznicy?

K: Gdyby ulegał presji mediów już dawno złożyłby honorową dymisję. Ten Pan miał czas, żeby przetestować różne warianty taktyczne, personalne itd. Według mnie nie zdecyduje się na większe zmiany. Rezygnacja z Lewego – to jedyna kontrowersyjna decyzja jaką podejmie.

PM: Selekcjoner mówi, że interesują go tylko trzy punkty z San Marino. Kozak?

H: 3 punkty z San Marino to nie jest żadne dokonanie. Nieudacznik.

K: Raczej desperat. Najgorsze jest to, ze nawet zwycięstwo z San Marino nie zwróci honoru polskiej reprezentacji. Na takie refleksje trzeba było się zbierać przed meczem z Ukrainą  a nie po remisie z Czarnogórą, który praktycznie odebrał nam nadzieję na Mundial 2014

PM: Na konferencji dodał jeszcze, że czują się zmobilizowani po remisie z Czarnogórą. Czy porażki ludzi mobilizują? Jeśli tak, to gdzie byli polscy piłkarze po Euro 2012?

H: Akurat z Czarnogórą nie zagrali najgorzej. Nie wiem co w odniesieniu do polskiej kadry bardziej mobilizuje czy wygrane z najgorszymi drużynami w tabeli czy ciągłe porażki. Polscy piłkarze po Euro 2012 zapewne odpoczywali w ciepłych krajach, przecież napracowali się przez ten czas prawda?

K: Mobilizują do ocierania łez chyba chciał powiedzieć. Euro 2012 bolało bardziej – zająć ostatnie miejsce w „grupie śmiechu” mając po raz pierwszy mistrzostwa u siebie? Ale akurat za ten „prezent” odpowiada Franciszek Smuda, nie Fornalik.

PM: Waldemar Fornalik – kiedy powinien odejść? Teraz czy po meczach z Ukrainą i Anglią?

H: Nie robi mi to żadnej różnicy.

K: Myślę, że jego dymisja po meczu z Czarnogórą nie przyniosłaby wielkich zmian. Zostały 3 mecze eliminacyjne do rozegrania. To dobra okazja, by selekcjoner Fornalik pokazał się wreszcie z bardzo dobrej strony.

PM: Na sam koniec tej nudnej rozmowy – najlepszy blog o polskiej piłce nożnej?

H: Sam jesteś nudny. Oczywiście, że nie Twój! Najlepszy blog o polskiej piłce to…. Hm? NIE MA TAKIEGO!

K: Oczywiście poniedziałkowa musztra! Nie dość, że z przymrużeniem oka to jeszcze na trzeźwo… ups. Zapomniałam, że niektórzy dziennikarze sportowi po prostu muszą sobie gulnać, by cos mądrego wypełzło z ich ust.

Opublikowano Komentarz, Zapowiedź kolejki | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Poniedziałkowa Musztra, Sobotni Kac, czyli Polska – Czarnogóra

Atakowali, kombinowali, strzelali i zagrali naprawdę nieźle. Tylko ugrali to, do czego już się przyzwyczailiśmy – zupełnie nic nie znaczący i jeszcze mniej dający remis. Remis z drużyną Czarnogóry, która wyszła bez kilku podstawowych graczy, a z czasem straciła jeszcze Vucinica. A więc z Czarnogórą, która do ogrania była nawet przez Szombierki Bytom. Ale przynajmniej pograli.

pol-czar

Chcielibyśmy na to spojrzeć oczywiście z kilku różnych aspektów. Jak to my, zupełnie bez logiki i głębszego sensu. Ale tak już mamy. Więc zacznijmy od początku.

Po pierwsze – drużyna Czarnogóry

Sprawdzamy jej skład, wrzucamy wszystkich piłkarzy w Google i oto dostajemy listę klubów w jakich grają. Pokażmy więc tę jedenastkę:

M. Bozović (Tom Tomsk – Rosja) – S. Savić (Fiorentina – Włochy), Basa (Lille – Francja), Dzudović (Spartak Nalczyk – Rosja), S. Bozović (Mordowija Sarańsk – Rosja) – E. Zverotić (Fulham – Anglia), N. Drincić (FK Krasnodar – Rosja), M. Krkotić (FC Dacia Chisinau – Mołdawia), B. Bosković (Rapid Wiedeń – Austria) – M. Vucinić (Juventus Turyn – Włochy), D. Damjanović (FC Seul – Korea Południowa)

Plus rezerwowi:

S. Vukcević (Karpaty Lwów – Ukraina), F. Kasalica (Cvena Zvezda Belgrad – Serbia), F. Beciraj (Dinamo Zagrzeb – Chorwacja)

Zapytacie – co z tego wynika? Moglibyśmy tradycyjnie powiedzieć, że zupełnie nic. Ale patrzymy jeszcze raz, tak szybko, żeby nas oczy nie zaczęły boleć, i uzmysławiamy sobie, że bramkę strzelił nam gość, który na co dzień gra obok takich tuzów futbolu jak Choi Yong-Soo, Kim Jin-Kyu czy też Kim Yong-Dae. Nie to, żebyśmy zapomnieli już co reprezentacja Korei Południowej zrobiła naszej, ale wciąż chyba możemy wymagać więcej od napastnika Borusii Dortmund niż FC Seul? Żeby tez nie było, że się przyczepiliśmy do Damjanovića, to spójrzmy przykładowo na Krkotića. FC Dacia Chisinau. Na pewno każdy z Was słyszał wcześniej te nazwę, nie? No i są też obrońcy ze Spartaka Nalczyk czy Mordowiji Sarańsk. Wspomnielibyśmy też o Drinciću z Krasnodaru, ale lubimy Artura Jędrzejczyka, a śmiać się tylko z jednego nie wypada.

Po drugie – drużyna Polski

Nie będziemy już analizować składu. Z różnych powodów oczywiście. Większość z Was i tak wie, gdzie grają poszczególni zawodnicy, a jeśli nie, to i tak trafiliście tu przypadkiem i jesteście średnio zainteresowani. A nam się już nie chce googlować. Ale jedno tej reprezentacji trzeba oddać. Naprawdę walczyła od pierwszej minuty. Naprawdę chciała coś ugrać, o czym świadczyć może postawa Jakuba Błaszczykowskiego, Mateusza Klicha czy nawet Roberta Lewandowskiego. Ale o pojedynczych zawodnikach jeszcze napiszemy. Teraz chcielibyśmy pierwszy raz w historii Poniedziałkowej Musztry pochwalić reprezentację Polski. Przynajmniej za pierwsze 45 minut, które zaskoczyło nie tylko Czarnogórców, ale nas, dziennikarzy-profesjonalistów, kibiców zgromadzonych na stadionie i Tomasza Burnosa – komentatora Eurosportu.

A propos Burnosa…

Po trzecie – Burnos, człowiek który wygrał internety

Wiemy, że to nie do końca związane z meczem pomiędzy Polską i Czarnogórą, ale jakoś nie możemy się powstrzymać, żeby wrzucić to już teraz. Niektórzy z Was mogą bowiem pamiętać, jak mówiliśmy o ciężkiej pracy komentatora. Poniżej małe potwierdzenie.

Podobno Pan Brunos ma właśnie taki styl wypowiedzi. Ale nie wierzymy, że noc z piątku na sobotę nie dała mu się we znaki…

Po czwarte – co dalej z Fornalikiem?

Wracamy więc na ziemię i kierujemy to pytanie do PZPN. Oczywiście, Związek nam nie odpowiada, więc sami szukamy odpowiedzi. Opcje są dwie. Waldemar Fornalik zostaje na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski, ogrywa San Marino, zbiera okrutne baty od Ukrainy i jeszcze poprawkę od Anglików, po czym grzecznie rezygnuje ze 150 tysięcy miesięcznie z posady i oddala się w kierunku niebieskiego tunelu. To znaczy Ruchu Chorzów. O ile jeszcze czekają na powrót gościa, o którym niegdyś mówili „Waldek King”.

Opcja druga, to oczywiście rozstanie Fornalika z kadrą na-ten-tychmiast. To znaczy zaraz po ciężkiej walce z San Marino. Późniejsze mecze można będzie potraktować towarzysko, a nowy selekcjoner mógłby sprawdzić, co tam w trawie piszczy, czyli kto po tej trawie mógłby biegać z orzełkiem na piersi.

Oczywiście podsuwamy opcję trzecią, najbardziej traumatyczną i desperacką – zostawiamy Fornalika i razem z kibicami-desperatami śpiewamy „ch** z wynikami, my zawsze z Wami”. No dobra, bez sensu. Fornalik out.

Po piąte – czy Fornalik jest winien?

Oczywiście, że selekcjoner reprezentacji Polski ma swoje za uszami. Nie interesował się zbytnio wycieczkami w stronę Rumunii czy nawet Włoch, a wiele czasu spędzał na różnych, jakże istotnych dla naszej reprezentacji eventach. Typu Barcelona – Real czy Gwiazdy TVN – Politycy. Może Ryszard Kalisz byłby odkryciem? Albo „Waldek King” chciałby namówić Messiego na zmianę narodowości? Ups… na to już za późno Panie Waldku.

Z drugiej jednak strony nie sposób zauważyć, że w piątkowy wieczór nasi piłkarze wyszli niezwykle mocno (jak na nich) zmotywowani. Że chciało im się grać, a ofensywne ustawienie dało im jakiś sygnał. Na przykład – grać, albo won! Albo chociaż – musimy ten mecz wygrać. W każdym razie selekcjoner reprezentacji Polski w ostatnim meczu zrobił praktycznie wszystko co mógł, żeby jakoś ten wynik ugrać. Ale on nie strzeli za Lewandowskiego albo Sobotę, nie poda dobrze za Boenischa, nie przedrybluje kolejnych obrońców za Błaszczykowskiego. Po prostu nie. Więc może wreszcie czas zrzucać winę na piłkarzy, a nie szkoleniowca?

Po szóste – co z tymi zmianami?

Jeśli oglądaliście mecz pomiędzy Polską a Danią, to na pewno zauważyliście powiew świeżości, jaki wprowadzali kolejni zawodnicy pojawiający się na murawie. A jeśli nie oglądaliście to wierzycie nam na słowo i kropka. Tym razem jednak każdy, który okazywał się zmiennikiem zagrał po prostu piach. Boenisch jak to Boenisch – wymagać zbyt wiele od niego nie można. Ale Mierzejewski? Nawet wiatru nie zrobił, nie mówiąc o dobrym podaniu. Wszołek? Po trzech minutach wyglądał, jakby to on zapieprzał przez cały mecz a nie Błaszczykowski.

Po siódme (Boże, jak dużo!) – Lewandowski na plus, tylko niech już nie staje przed kamerą

Często gęsto jedziemy z Robertem Lewandowskim okrutnie. Pamiętamy bowiem, jak gra dla Borussii a jak dla reprezentacji. Ale wczorajszego wieczora pokazał, że również z orzełkiem na piersi może kopać całkiem prosto. Akcja bramkowa? Sam sobie wypracował, odebrał piłkę, ruszył jak polska husaria i strzelił jak, nie przymierzając, Renata Mauer za najlepszych lat. Później także walczył, bił się o każdy centymetr boiska, robił swoją słodko-dziwną-minę-mówiącą-że-ja-naprawdę-nie-zdeptałem-go-specjalnie, klepał z kolegami i nawet przypadkowo podawał Sobocie. Ale później wyszedł przed kamery i zaczęło się.

Oczywiście powiedział, że wolałby nie strzelić bramki ale wygrać. Ładne słowa, popieramy. Dodał też w międzyczasie, że brakuje im skuteczności. Ładne słowa, popieramy. Burknął też coś o tym, że wszyscy robią karierę dzięki krytykowaniu jego osoby. Ładne słowa, pooo… CO!? My krytykujemy a kariery nie widzimy. Schowała się w szafie, czy co? Panie Robercie – tak się zdarza, że jeśli piłkarz gra piach (co Panu wychodziło ostatnio nader często) to dostaje burę od dziennikarzy, specjalistów, czy Poniedziałkowej Musztry. A jak gra dobrze, jak wczoraj, to się go chwali. Bo jest za co.

lewy

No ale wracamy do wypowiedzi, a tam zdanie-gwiazda-wieczoru – „Lewy” stwierdził, że gdybyśmy lepiej grali w obronie, to byśmy mieli kilka oczek więcej. Ładne słowa, popieramy. Tylko zastanawiamy się, po co takie słowa padają z jego ust? Ładnie to tak jechać po kolegach z obrony? A jak teraz wyjdzie przed kamerę Glik i powie, że gdyby napastnicy wykorzystywali sytuacje, to byśmy mieli więcej oczek na koncie, to co? Nieprawda? Prawda. Już widzimy tę słodko-debilną minę Lewandowskiego, który się pyta „Że niby ja?”. Samokrytyka – jak najbardziej. Przemyślana – jeszcze lepiej. Bezmyślna – po co? Przecież atmosfery w szatni i tak podobno nie ma żadnej.

Oczywiście nie omieszkamy tu wspomnieć także o Błaszczykowskim, który niczym rabuś banku uciekający przed pościgiem biegał po całym boisku przez pełne 94 minuty. Nie tylko biegał – dryblował, podawał, asystował i opierniczał kolegów. Wczoraj zobaczyliśmy kapitana w pełni. Gratulujemy, czapki z głów.

Dodamy też słówko pochwały dla Klicha i Krychowiaka. Szczególnie ten ostatni nie doczeka się specjalnych pochwał w innych mediach (tak nam się wydaje), a nam jego gra bardzo się podobała. Serio. Ej, nie śmiejcie się, naprawdę. No i ta maska… mmm…

Po ósme – przepraszam, czy gra z nami obrona?

Taaaak, przed chwilą skrytykowaliśmy za to „Lewego”. Ale jemu nie wypada, a nam tak. Ale już krótko, bo i tak pewnie ¾ czytelników tu nie dobrnęła. Czy ktoś widział wczoraj naszą obronę? Wystarczy bowiem wspomnieć, że gdyby reprezentanci Czarnogóry strzelili połowę z tego co powinni, to przegralibyśmy 1:4. Boże drogi…

Po dziewiąte – jest szansa na awans!

Ahahahahahahahahaha

Nie no, dobra, serio. Naprawdę. Matematycznie mamy jeszcze szanse na awans. Uwierzycie? Hahahahaha. A, miało być serio. Więc uwaga! Jeśli wygramy wszystko do końca eliminacji… hahahahaha… a Anglia ogra Ukrainę i Czarnogórę (teoretycznie szansa jest), Ukraina pokona San Marino a Czarnogóra wygra z Mołdawią, to zajmiemy drugie, barażowe miejsce. Nie no stop, czemu się śmiejecie? My w to nie wierzymy, ale jest taka szansa, nie? Hahahaha

Dobra, mamy jeszcze lepszy żart – jak wszyscy zagrają pod nas, to MATEMATYCZNIE mamy szansę nawet na pierwsze miejsce w grupie. Przestańcie, nas też boli brzuch hahahaha

Po dziesiąte (dekalog!?) – praca sędziów

Nie będziemy się specjalnie rozpisywać. Po prostu wykorzystamy grafikę z gwizdka24.se.pl. Oto dowód, że sędzia w 93 minucie zachował się profesjonalnie:

spalony

A karny z Sobotą w roli głównej? PEZETPEEN, PEZETPEEN, JE***Ć… a nie, to nie PZPN, to holendersko-norwesko-jakiś-niemiły-komplet-sędziów. Mimo wszystko. Trochę nas oszukał.

Wszystko to skwitujemy staropolskim – ostatni gasi światło Polacy gaszą światło przed mundialem.

Opublikowano Podsumowanie kolejki | Otagowano , , , , , , | 1 komentarz

Nic się nie stało, Polacy nic… zapowiedź meczu Polska – Czarnogóra

Gramy. Raz, dwa, trzy. Ciosy padają. Ledwo słaniamy się na nogach, ale gramy. Tak mniej więcej wyobrażamy sobie dzisiejszy mecz z Czarnogórą. Od razu też zauważymy – nie jesteśmy pesymistami. Jesteśmy realistami z optymistycznym nastawieniem do życia. Dlatego nie powiemy kto dostanie trzy ciosy. Bo boimy się przywoływać aż takie nieszczęście. Polska – Czarnogóra. Czyli teoretycznie mecz o wszystko, praktycznie o pietruszkę. Bo patrzymy w przód.

Nam, ten obrazek się podoba. Fot. namonciaku.pl

Nam, ten obrazek się podoba. Fot. namonciaku.pl

Boimy się nieco, że ten mecz może wyglądać jak starcie (eghm, eghm, zakrztusiliśmy się tym słowem w tymże kontekście) kadry Fornalika z Ukrainą. Dwa szybkie znikąd i po imprezie. Bo naprawdę ciężko uwierzyć dziś w drużynę kreowaną przez naszego selekcjonera. Wystarczy przecież spojrzeć na powołania. Brożek jako jedyny zmiennik Lewandowskiego? Oczywiście „Lewy” może zaskoczyć z orłem na piersi i strzelać jak szalony. Oczywiście Brożek również może nagle oszaleć i trafiać do bramki Czarnogórców. Ale to wszystko tylko kolejne marzenia i nadzieje. Bo jak jest z Polskim-Snajperem-Wyborowym-Ale-Tylko-U-Niemców wszyscy wiedzą. Z kolei Nowy-Stary-Wiślak przez ostatnie dwa lata grał w różnych klubach zagranicznych, w których łącznie strzelił wór bramek. To znaczy woreczek. Woreczkuniek. A i tak nie zapełniony. Bo bramek było aż trzy. T R Z Y.

jezus

Później patrzymy na dotychczasowy bilans meczów kadry pod wodzą Fornalika. Choć nie wiemy z której perspektywy spojrzeć. Więc przeanalizujmy obie:

– Polska do tego momentu w ramach eliminacji ugrała dwa zwycięstwa, trzy remisy i zaledwie raz okazała się gorsza od rywala. Wygląda całkiem nieźle, jak na drużynę, której tak bardzo się obrywa od mediów, ekspertów i nas. Od nas chyba szczególnie, ale takim to jesteśmy dziwnym tworem.

– Polska wygrała tylko z San Marino i Mołdawią. Hahahahahahaha

Jak więc widać, można do tego podejść na różne sposoby. Nieco optymistycznie, i nieco nie. Choć tak naprawdę oba warianty mogą wywoływać myśli, w których stwierdzimy że remis z Czarnogórą i tak jest niezłym wynikiem.

Kolejny powód, dlaczego możemy oczekiwać klęski? Tomasz Rząsa od rana trąbi w telewizorniach, że wygramy. Ohh, naiwny który uwierzył przed meczem. Oczywiście, mocno trzymamy kciuki, ale Panie Tomaszu, naiwność to rzec ludzka – nie ma się czego wstydzić po ewentualnej (cha cha cha) porażce.

Oczywiście możemy dopatrywać się też plusów. Na obronę wraca Jakub Rzeźniczak. Dziś sport.pl nazywa go żołnierzem uniwersalnym. Co prawda Rzeźnik nie wygląda jak Van Damme, ale rzeczywiście, może jeszcze niemile gości zaskoczyć. No i grali razem z Jędrzejczykiem, więc może wreszcie jakaś nić porozumienia z tyłu?

Na koniec jeszcze tylko jedno smutne stwierdzenie. Żeby ten mecz był czymś więcej niż towarzyskim pojedynkiem pomiędzy reprezentacjami Polski i Czarnogóry, wiele rzeczy musi wydarzyć się w przyszłości. Absurd ma tu niezły ubaw. Ale to prawda. Bo nawet ewentualne zwycięstwo z dzisiejszym rywalem daje nam jedynie satysfakcje. Bo w perspektywie mamy jeszcze mecze z Ukrainą w Charkowie i z Anglią na Wembley. Marząc o awansie, oba trzeba wygrać. Więc, what’s the different?

P.S.

Zawsze jak piszemy optymistycznie, to przegrywamy…

If_you_know_what_I_mean

Opublikowano Zapowiedź kolejki | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Beniaminki przegrywają, mistrz wygrywa, wszystko gra, czyli podsumowanie 6 kolejki T-Mobile Ekstraklasy

Wydawałoby się, że 6 kolejka T-Mobile Ekstraklasy była typowa. Kto miał wygrać ten wygrał, kto miał przegrać ten przegrał, a kto Wisła ten cierpi. Jakoś tak nam to wszystko się w głowach poukładało już po pierwszej kolejce i tego będziemy się trzymać. Bardzo mocno.

lec-gor

Na boisko wychodzi lider i druga drużyna w tabeli. Na trybunach zasiadają tysiące osób spragnionych dobrego widowiska i chociaż jednego prostego kopnięcia piłki. Czego możemy być pewni przed meczem? Że jeśli wytrzymamy 90 minut żenującego kopania się po czołach to będziemy z siebie dumni. Ekstraklasa bywa przewidywalna i to najlepszy dowód. Niby na boisku Nakoulma i Matsui, a poza nim Nawałka i Probierz. Niby na trybunach głośny doping. Niby wszystko się zgadza. Ale znowu oglądamy 80 minut, które wygląda jak spacerniak pobliskiego zakładu karnego i 10 minut znośnej gry. Czy to jakaś klątwa czy po prostu wyimaginowana presja? Czy to stres wiąże piłkarzom nogi czy po prostu nie umieją grać w piłkę nożną? Wolimy nie odpowiadać i odpowiedzi nie szukać. Dobrze że gdzieś tam po murawie PGE Arena krążyli Przybylski i Pietrowski. To przynajmniej coś wpadło. Dziękujemy.

ruc-zag

Kibice Ruchu Chorzów bardzo ucieszyli się, gdy na murawę przy ulicy Cichej wszedł Arek Piech. W końcu zrobił tyle dobrego dla Ruchu Chorzów, że musieli mu podziękować. A że gra w przeciwnej drużynie? Kto przy zdrowych zmysłach by się tym przejmował? Przecież nam krzywdy nie zrooo…

– 0:2 Arkadiusz Pieeech – krzyczeli komentatorzy.

– A może zrobi? – pytali zdziwieni kibice „Niebieskich”.

Zrobił. Choć całkiem ładną. Trzeba Piechowi oddać co Piechowe – wie gdzie szukać futbolówki, by umieścić ją w siatce. No i nie celebrował bramki. Ot, wykonał swoją robotę, jak Mario Balotelli. To się nazywa szacunek do kibiców.

Jeszcze słówko o Zagłębiu Lubin. Zagrali taki mecz, że mogli to wygrać 7:0, mogli zremisować 3:3 i mogli przerżnąć 0:8. Logika? Brak. Sens? Brak. Realia? Polskie.

wid-jag

Widzew Łódź i Jagiellonia Białystok zagrały dwie połowy i proszę nam uwierzyć na słowo, nie trzeba sprawdzać. A fakt, że jak to w Ekstraklasie, w pierwszej połowie nie było czego oglądać? To przecież nie komentujemy, nie? Jaga mogła i powinna coś ustrzelić w pierwszej połowie. Ale tego nie zrobiła. Więc ustrzelił za nich Tomasz Wajda. A ustrzelił Barana. Martina Barana. Czerwoną kartką. No i Visnakovs ustrzelił, jeszcze przed ustrzeleniem Wajdy. Zapętliliśmy się… Widzew w każdym razie prowadził, grał z przewagą jednego zawodnika i miał wszystko, by wreszcie zgarnąć pełną pulę (tak, wiemy że nie pierwszy raz w tym sezonie…), ale jakoś z tej okazji nie skorzystał. Choć jeszcze w 89 minucie to Łotysz trafiał w poprzeczkę Jagi, to już w 93. minucie do bramki Widzewa trafił Piątkowski. I remis podzielił ich, niczym dwa zwaśnione narody… Bez sensu…

pog-wis

Wisła pod wodzą Franciszka Smudy coś tam sobie w piłkę pogrywa. Ciężko bowiem zapomnieć lanie, jak spuściła poznańskiemu Lechowi przed tygodniem. Ale teraz z kolei ciężko będzie zapomnieć piach, jaki zagrała w Szczecinie. Pewnie, wielu ekspertów już napisało, że to był niezły mecz. Może i niezły, ale na miejscu fanów ze Szczecina już byśmy zawiadamiali wrocławską prokuraturę o przestępstwie. Bo to, co zrobił sędzia Daniel Stefański w 89 minucie gry to jawna kpina ze wszelkich przepisów. Obrońca blokujący piłkę ręką w polu karnym to nie jest normalne zagrania i należy się za to rzut karny. Wiedzą o tym nawet nasze wszystkie koleżanki z pracy, prawda? Prosimy… przytaknijcie… Pogoń „ugrała” remis, choć mogła i powinna wygrać. Wisła „ugrała” remis, choć nie mogła i nie powinna. Sprawiedliwość przez duże „S”.

cra-leg

Gdyby Cracovia prowadziła po 25 minutach 2:0 to wszyscy by powiedzieli – no kurczę, nic ta Legia nie gra, to i dostaje baty od „Pasów”. Ale jak bramki mają strzelać Steblecki i Nowak, to się nie ma czemu dziwić. Panie Nowak, z pięciu metrów? W bramce Skaba (!) a Pan nie trafiasz z pięciu metrów? Słyszeliśmy że w Krakowie nie ma zbyt wielu budek z kebabem, jakby szukał Pan nowego zajęcia. A propos Skaby – wrócił po dwóch latach między słupki w ligowym meczu i bramki nie wpuścił. A miał taką fajną rolę. Rezerwowy bramkarz, który nie musi nic robić. No prawie nic, poza Pucharem Polski. A tu taka kontuzja Kuciaka. Teraz dopiero Skaba zostanie sprawdzony – Ekstraklasa, Liga Europy, Puchar Polski. No chyba że w Pucharze pogra zgłoszony Antolivić (HA HA HA). A bramka Legii? Kopia z meczu z Bukaresztem. Mamy nadzieję, że ani Włosi (Lazio przegrało 1:4), ani Turcy (Trabzonspor przergał 0:3 a bramkę wbił mu ex-legionista, Bruno Mezenga), ani Cypryjczycy (kogo obchodzi ich wynik?) nie oglądali tych meczów i nie wymyślą patentu, jak bronić się przed tą koronkową akcją podopiecznych Urbana. No i jeszcze jedno słówko – Ojamaa. Ojamaa. Ojamaa. Tak, panie trenerze, to do Pana. Ojamaa.

pia-sla

Piast na pewno chciałby wrócić do górnej połówki T-Mobile Ekstraklasy. Na pewno zrobiłby wiele. Przykładowo, pograłby w piłkę. Ale umiejętności, jak wiemy, bywają ograniczone, więc po prostu grają w ekstraklasę. To taka swojska, polska odmiana piłki nożnej właśnie. Ale grali ze Śląskiem Wrocław, więc nie mieli się też co specjalnie przejmować. O prosimy – szybkie 1:0 i niby pozamiatane. Bo Waldemar Sobota już w Belgii, Stanislav Levy na ław… a NIE! Na trybunach. Pozorant jeden – chciałoby się rzec. Ale i bez niego wrocławianie wiedzieli jak wyrównać. Pytanie tylko, kto jest bardziej zawiedziony tym wynikiem?

lec-zaw

Jakoś tak nam zawsze szkoda tego biednego Zawiszy. Niby prezes całkiem ześwirowany (polecamy wywiad na Weszło!), niby piłkarze zawsze opłaceni i chętni do gry, walki i gryzienia trawy. Niby beniaminek, który miał walczyć o środek tabeli. A tu takie wyniki… Dobra, przyjeżdża do wicemistrza Polski i skazywany jest na pożarcie. Ale jak się okazuje, dostarcza tyle emocji, że coś nas ściska w dole…

A nie, to to akurat głód.

Z taką grą Zawisza naprawdę może walczyć o środek tabeli. Tylko może by tak zatrudnić kogoś, żeby grał w obronie? Nie, nie mamy nic do Ziajki, Micaela, Skrzyńskiego czy Lewczuka. Ale z drugiej strony, Lech znowu nie jest w takim gazie, żeby strzelał jak na zawołanie. W sumie trzeba było się nie kłaść pod topór, to by głowy nie ucięli. Wow, jak to mądrze zabrzmiało. Wow, wow, wow… WOW.

Opublikowano Podsumowanie kolejki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Jak VI B upokorzyła II C, czyli komentarz na temat meczu Śląska Wrocław z Sevillą

Obejrzeliśmy „starcie” pomiędzy Śląskiem Wrocław i Sevillą, po czym zastanawialiśmy się, czy dzisiaj na obiad zamówimy schabowego, skusimy się na hamburgera, czy może jednak zupa z frytkami? Tak mniej więcej należy się przejmować dantejskimi scenami, do jakich doszło na Stadionie Miejskim we Wrocławiu. Nie, nie pozabijali się. Przynajmniej nie dosłownie. Za to piłkarsko popełniono przestępstwo, za które powinno grozić kilka lat więzienia. Ale tak to jest, jak klasa VI B ściera się z II C. Wynik nie może być inny.

Prezentacja drużyn

Prezentacja drużyn

Przed meczem zastanawialiśmy się jeszcze, czy Śląsk może wznieść się jeszcze wyżej (albo wznieść niżej…) i ograć Sevillę. Której, jak zakładaliśmy, zupełnie nie będzie się chciało grać w piłkę. Niestety dla wrocławskich kibiców, Waldek Sobota był już myślami w Bundeslidze, Rafał Gikiewicz przy dziecku, a Stanislav Levy zapewne gdzieś dwadzieścia metrów pod ziemią. Może w kopalni, żeby nikt nie zauważył wstydu na jego twarzy?

Powiedzmy sobie jedno na początku – jeśli jesteście kibicami wrocławskiej drużyny i spaliście wczoraj w pozycji płodowej, ssąc kciuka i marząc o tym, by świat przestał się kręcić… to rozumiemy. Spoko, upokorzenie każdy odbiera inaczej.

Nie, nie będziemy się znęcać. My!? Nigdy! Ale jeśli wspomnimy nazwisko Gravish i Gikiewicz w jednym zdaniu, to zapewne część z Was dostanie zawału, a przynajmniej palpitacji, nie? Nam trzęsą się ręce, mimo iż emocje w związku z meczem skończyły się jeszcze zanim się zaczęły. Choć po wpuszczeniu wspomnianego Izraelczyka znowu się zaczęły. Ale, z drugiej strony, Stanislav Levy dał pograć całe 45 minut dwudziestodwuletniemu Więzikowi, który w T-Mobile Ekstraklasie, od początku sezonu, spędził na murawie łącznie jakieś 10 minut. W przeciągu pięciu spotkań. Panie Stanislavie, wiemy że z pustego to i Salomon nie naleje, ale taka desperacja? W Europie?

Dobra, chwila powagi. Pierwsza połowa kończy się 0:2, Śląsk nawet patrząc na dwumecz pod kątem matematycznym nie powinien marzyć o awansie, a trener Levy wypuszcza tego nieszczęsnego Więzika. Jeśli powiedzielibyście nam dzisiaj, że wrocławianie grali drugą połowę w dziesięciu, to byśmy bez zająknięcia powiedzieli, że szkoda. A przez trochę ponad pół godziny grał nawet w 9 na 12. Bo wszedł Gravish. Serio, jeśli ten mecz wyglądał jak lanie sprawiane przez VI B klasie drugiej II C, to Izraelczyk wyglądał, jakby wpadł na boisko podawać wodę starszym kolegom (tym z drugiej klasy…) ale z braku laku pograł. Mimo że jest najgrubszym dzieckiem wśród pierwszoklasistów i nikt go nie lubi. Nie umiemy tego inaczej wyjaśnić.

Śląsk nie przegrał na własne życzenie. Był po prostu piłkarsko gorszy. O wiele gorszy. Jeśli jednak ktoś jeszcze raz w naszej obecności wspomni o tym, jak to pięknie walczył w pierwszym meczu, to wpadniemy w niekontrolowany szał. Dwumecz, 1:9, przepaść i wpiernicz. To najkrótsza charakterystyka tegoż spotkania.

Najbardziej przykrą obserwację zachowujemy jednak na koniec. Sevilla przyjechała do Wrocławia jak na sparing i nasze najgorsze obawy sprawdziły się w stu procentach. Zagrała bo musiała, bo takie są reguły tego dziwnego Pucharu-Pocieszenia-Dla-Legii-Za-Słabych-Na-Ligę-Mistrzów. A pomimo to zbiła gospodarzy tak okrutnie, że aż się zapętliliśmy i wciąż to powtarzamy. Jeśli więc redaktor Stanowski śmiał się, że gdzie z Kucharczykiem do Ligi Mistrzów, to mamy nadzieję, że dzisiaj napisał „gdzie z Więzikiem i Gikiewiczem do Europy?”.

Oczywiście Śląsk może jeszcze szczęśliwie w Lidze Europy wylądować. Wystarczy, że Ten-Łysy-Gość-Z-UEFA wylosuje go jako jedną z trzydziestu odpadających drużyn. A teraz się zastanówcie, kto by się z tego najbardziej cieszył.

Dajemy Wam chwilkę.

Odpowiedź: każdy rywal Śląska. Bo przecież można będzie komuś mocno obić buzie. Nawet niespecjalnie się starając.

Co prawda mieliśmy już skończyć, ale nie możemy się powstrzymać, żeby nie zapytać – po jaką cholerę Plaku wchodził pod trybuny za piłką? Przecież jego kolega z drużyny (nie zawracamy sobie nawet głowy przypominaniem sobie, który z nich to był) miał już drugą piłkę w ręku, a pierwszą powinni wyciągać chłopcy od ich podawania, nie? Według Plaku – NIE. Lepiej samemu porobić za górnika i schować się w ciasnej kanciapie. Może Albańczyk kombinował, że jak to zrobi, to pomylą go z jednym z tych chłopców i nie będą mu już kazali wchodzić na boisko? Skubany, zapomniał tylko się tam przebrać…

Śląsk odpada. Nie w pięknym stylu. Odpada po okrutnie frajerskim spotkaniu. Zapytamy w tradycyjnie kibicowskim, strasznie głupim stylu – boli? Ma boleć.

Choć bardziej może boleć wypowiedź Waldemara Soboty już po samym spotkaniu, który załamany poinformował dziennikarzy, że chyba jednak zostanie w Śląsku. Nie, nie przejął się tym że nie odnotował prawie ani jednego dobrego zagrania i że jego drużyna dostała tak mocno w czapę, że odczuje to jeszcze pięć pokoleń w przód. Zmartwił się,  że zostanie we Wrocławiu. A oni go tam i tak przywitają jako bohatera. „Dziwny jest ten świat, jak śpiewał wiesz kto.”

Opublikowano Komentarz, Podsumowanie kolejki | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dwie rumuńskie szpilki w polski balon, czyli Legia Warszawa – Steaua Bukareszt

Pisaliśmy o tym wczoraj, napiszemy i dziś – po cholerę, co roku, regularnie wręcz, dmuchać balon a później w nadziei czekać, że rzucane w jego stronę szpilki nie trafią do celu? Legia nie przegrała ze Steauą, co jest wynikiem niezłym. Ale też nie awansowała do wymarzonej Ligi Mistrzów, co już jest słabe, złe i w ogóle „a feee”.

Fot. Miłosz Nasierowski, Legia.Net

Fot. Miłosz Nasierowski, Legia.Net

Dość banałów! Popatrzmy na mecz z nieco innej perspektywy, może nieco od strony dziwnych statystyk i faktów, które można dziś, z nieco chłodniejszą głową wyciągnąć. Nie twierdzimy, że już przestały buzować w nas emocje i nie mamy ochoty krzyknąć – „na Boga, Legio, dlaczego?”, ale już opanowaliśmy drżenie rąk i jesteśmy w stanie stukać w klawiaturę.

Podopieczni Jana Urbana byli blisko, ale tylko dzięki wynikowi. Piłkarsko wciąż jednak nie wyglądało to tak, jakby mieli zamiar podbić Champions League. Choć ich rywale, szczególnie w drugiej połowie, nie zagrali niczego wybitnego. Jednak „Wojskowi” nie stanęli na wysokości zadania, a Jakub Rzeźniczak swoją bramką tylko otarł nam łzy.

Ano właśnie – od bramki Rzeźniczka zacznijmy nasz przegląd dziwnych, do-niczego-nie-pasujących-statystyk, które znaleźliśmy w Internecie. Przede wszystkim, dzięki tej bramce, Legia jako pierwsza drużyna od czasów gry w Lidze Mistrzów Widzewa Łódź, a więc od siedemnastu lat (pewnie nie wiedzieliście, że to aż tyle?), nie przegrała żadnego eliminacyjnego spotkania do tego elitarnego turnieju. Nieźle nie? Wygrała też niewiele, ale zwycięzców się przecież nie ocenia. Legia nie awansowała i nie jest zwycięzcą? …

– Jestem – Żenująca Cisza wpadła jako gwóźdź programu.

– Pani wróci za chwileczkę, co?

– Nie ma problemu, krążę wokół…

– Tematu! – nasza pewność siebie mogła powalić nawet wrocławskiego Sky Towera.

– Waszego nędznego poczucia humoru.

Cisza.

Inny fakt jest taki, że od występów łódzkiego RTS-u w Lidze Mistrzów (to już siedemnaście lat, wiecie?), w piłkarskim raju zagrały drużyny z trzydziestu różnych krajów. W tym z takich piłkarskich potęg jak Cypr, Austria, Węgry czy Białoruś. Tak, Polski wśród nich zabrakło. Nie, reforma Platiniego niewiele pomogła – nie nam.

Jakiś dziwny, zapewne pijany i szalony statystyk wyliczył, że jeśli w sezonie 2013/14 Legia Warszawa zdobędzie mistrzostwo Polski, to za rok będzie w czwartej rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów rozstawiona. Oczywiście potrzebuje też kilka zwycięstw w Lidze Europy, ale już nie ścieramy się, żeby policzyć dokładnie ilu. Pewnie cały wór, z którego na dodatek zwycięstwa jeszcze się wysypują. Oznaczałoby to, że za rok będzie szansa, by na Champions League nie czekać kolejnych siedemnastu lat. Bo nie wiemy czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale tyle już jej wypatrujemy na polskim, piłkarskim horyzoncie.

Na koniec też fakt, który może zaskoczyć nawet najbardziej zagorzałego fana piłki nożnej w Polsce. Jeśli w przyszłym roku polska drużyna, mistrz kraju, będzie walczyć o LM, to będzie to robił po osiemnastu (!) latach banicji. Nasza nieobecność na salonach będzie miała swoją pełnoletniość. Warto więc jej z tej okazji życzyć wszystkiego najlepszego, a nie rychłego końca, nie?

Fot. Jan Szurek, Legia.Net

Fot. Jan Szurek, Legia.Net

Oczywiście moglibyśmy tu jeszcze dodać jakąś mega-hiper-poważno-naukową analizę meczu. Ale wejdźcie sobie na jakiś poważny portal typu gazeta.pl, fakt.pl, mowimyjak.pl, newsweek.pl, 90minut.pl, Legia.Net czy legia.com to przeczytacie tam dużo mądrych zdań.

– Już? – Żenująca Cisza. Wróciła.

– M O M E N T!

– No ok., ok. Po co te nerwy?…

No więc dodamy jednak krótką analizę. Bo się na piłce znamy.

Legia strzeliła wczoraj pięć bramek. Dwie sobie, trzy przeciwnikowi. Jednej nie uznali.

– Sobie? – mógłby zapytać jedyny Uważny Czytelnik.

Sobie, bo to co robiła obrona przy strzałach Stanciu czy Piovaccariego, to jakaś kpina. Już nawet nie chcemy się znęcać nad Ivicą Vrdoljakiem, bo po prostu nam go żal. Nie wspomnimy też nawet słowem o tym, że gdyby nie spalony nieco z kapelusza to Legia wygrała by 3:2 i awansowała do Ligi Mistrzów. O tym wiecie.

Chcielibyśmy jednak pochwalić kilku piłkarzy. Bo jak tu nie wspomnieć o zapieprzającym w obie strony Koseckim? O ciężko harującym Rzeźniczaku, który ukoronował swoje występy w tych eliminacjach strzałem, którego nie powstydziliby się najlepsi napastnicy w Europie? Ahh ten spokój…

– Wielokropek – to ja wpadam! – zgadnijcie kto?

– …

– Już sobie idę… Ale jestem…

– W okolicy. Wiemy.

Starał się też Radović i Ojamaa, który pokazał się w drugiej połowie. Biegał, walczył i dokładał wszelkich starań, by wynik tego spotkania zmienić. Ale mu się nie udało, czemu się w sumie nie dziwimy.

Dziwimy się Janowi Urbanowi, który na trzy dni przed najważniejszym mecze sezonu, w starciu z Lechią Gdańsk, wypuszcza na boisko dziesięciu innych piłkarzy, zachowując na placu gry jedynie Kuciaka. Kiedy ta obrona miała się zgrywać? Na treningach? Niech grają, po to są zatrudnieni w Legii, Panie Trenerze. No i prosiłbym o wytłumaczenie mi decyzji o wpuszczeniu Mikity. MI-KI-TA!? Serio? W eliminacjach do Ligi Mistrzów? Cenimy młode talenty, ale no… Panie Janie!

Nie będziemy jednak nikogo specjalnie winić za wtorkowy porażkowy-remis (skoro może być zwycięski?). Legia wywalczyła fazę grupową Ligi Europy, co było jej celem minimum. Warto więc podziękować piłkarzom, że do końca walczyli o swoje. Że trochę emocji (najczęściej niezdrowych) nam dali.

Ale nie możemy się powstrzymać przed napisaniem najważniejszej głupoty. Mówiliśmy żeby nie dmuchać balonu? Rumuni chytrze wbili w niego dwie szpile i on nie tyle pękł, co pieprznął nam prosto w twarz. Boli i huczy w uszach. I będzie huczeć jeszcze długo. Bo kac przychodzi dopiero po czasie. Tak jak Żenująca Cisza.

– Jestem! – nawet się ucieszyła… skubana…

Opublikowano Podsumowanie kolejki | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz